Dwa polskie duety w ćwierćfinale debla

Mateusz Kowalczyk i Daniel Kossek oraz Jan Zieliński i Kacper Żuk powalczą w czwartkowe popołudnie o półfinał gry podwójnej podczas Pekao Szczecin Open.

Ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne w poniedziałek i wtorek, wszystkie mecze deblowe zostały przesunięte na środę. Ostatecznie z rywalizacji wycofały się dwie pary, a w ich miejsce zgłosiła się tylko jedna, przez co Julian Lenz i Fernando Romboli mieli po prostu wolny los.

W turnieju występowały trzy polskie duety, wszystkie dzięki dzikim kartom od organizatorów. Jako pierwsi na korcie pojawili się Mateusz Kowalczyk oraz Daniel Kossek. Nie mieli większych problemów z Taro Danielem i Lorenzo Giustino (6:2, 6:1). – Od początku zaczęliśmy odważnie. Plusem tego spotkania było to, że graliśmy z singlistami. To znaczy, to nie była gra typowo deblowa, nie zmieniają się, nie ruszają, nie szukają żadnych rozwiązań. Kiedy już poznaliśmy ich styl gry, to wykorzystaliśmy słabe rzeczy i taki był efekt końcowy – tłumaczył Kowalczyk.

Obaj tenisiści wcześniej grali single, Włoch przegrał, natomiast Japończyk zwyciężył. – Akurat Giustino grał trzy długie sety, ale Daniel miał dłuższą rozgrzewkę przed tym deblem. Mój partner się spisał, zagrał rewelacyjny mecz. Treningi dają efekty. Wierzę, że osiągnie jeszcze więcej, a tym turnieju jak zawsze – liczymy na zwycięstwo – podsumował.

Karolowi Drzewieckiemu nie uda się obronić tytułu sprzed roku, który wywalczył wspólnie z Filipem Polaskiem. Tym razem Polak wystąpił w duecie z Maciejem Smołą. Nasza para trafiła na najwyżej rozstawionych, Matwe Middekoopa i Hansa Podlipnika-Castillo. Spotkanie zakończyło się po super tie-breaku do 10. Niestety na korzyść faworytów.

– Nie było to łatwe starcie. Pierwszy set poszedł po naszej myśli, dobrze kryliśmy siatkę. W drugiej partii rywale zaczęli coś zmieniać, grali więcej lobów, mieszali serwis. Mecz na styku, jak to w deblu. Jedna, dwie piłki zaważyły o takim, a nie innym wyniku – mówił Drzewiecki.

Polacy rzucili się w szaleńczą pogoń w decydującej odsłonie, fani zgromadzeni na trybunach mocno dopingowali Drzewieckiego i Smołę. – Kibice są wspaniali podczas wszystkich spotkań w Polsce. Człowiek dzięki temu zawsze wznosi się na wyżyny swoich możliwości – podkreślił deblista.

Było blisko kolejnego bratobójczego meczu z udziałem Polaków, bowiem w tym samym czasie na korcie numer 1 o awans walczyli Jan Zieliński i Kacper Żuk.

Mistrzowie Polski mierzyli się z Iwanem Gachowem oraz Vitem Koprivą. Po pierwszym secie wygranym w tie-breaku do 8, w kolejnej partii było łatwiej, zwyciężyli do dwóch. – Tak się wydawało, dalej jednak czuliśmy presję i oddech przeciwników na naszych plecach. Jak ich przełamaliśmy, to od razu mieli trzy szanse na powrót. To jest debel, jeden gem, parę piłek się źle ułoży, głupi return i wszystko może wrócić do normy – powiedział Zieliński.

Był to trzeci start w challengerze polskiego duetu i w końcu udało im się wywalczyć awans do ćwierćfinału. Do trzech razy sztuka. – Wielka ulga, bo wiedzieliśmy, że losowanie mamy dobre jak na I rundę. Mieliśmy świadomość, jaki prezentujemy poziom, a jak grają nasi rywale. Cieszymy się, że udało nam się to potwierdzić na korcie, mimo tego I seta, którego powinniśmy wygrać znacznie szybciej – dodał Żuk.

W czwartek również zagrają wieczorem i być może znów przy sztucznym oświetleniu. – Odpowiada mi to, bardzo lubię taką atmosferę. Zdecydowanie nie jestem rannym ptaszkiem, wolę zjeść obiad, poleżeć i grać nawet o 22. Im później, tym lepiej – skwitował Zieliński.

W grze o triumf w turnieju deblowym pozostały więc dwa polskie duety. Oba znajdują się w górnej części drabinki.