Obiektyw(nie) o turnieju

Przez ostatnich 25 lat byliśmy na kortach świadkami wielu historycznych i pełnych emocji wydarzeń. Część z nich na trwałe zapisała się tylko w naszej pamięci, ale do zdecydowanej większości na szczęście możemy wrócić w dowolnym momencie. Wszystko za sprawą turniejowych fotografii, które pozwalają nam na nowo przeżywać ćwierć wieku tenisowej historii Pekao Szczecin Open.

Osobą odpowiedzialną za dokumentację zdjęciową kolejnych edycji imprezy jest Andrzej Szkocki. Nasz oficjalny fotograf zastąpił na tym stanowisku śp. Sławomira Borka, który 14 maja 2012 roku zmarł w wieku 57 lat. – Sławek był nie tylko naszym kumplem i przyjacielem, ale też wieloletnią twarzą turnieju – wspomina Andrzej Szkocki. – 14 maja miał zawał podczas prowadzenia samochodu i uderzył w drzewo. Byłem jednym z pierwszym na miejscu, gdzie zginął, później zaczęli przyjeżdżać inni koledzy. Dzwoniłem też do naszych wspólnych znajomych i informowałem ich o tym smutnym wydarzeniu. Śmierć Sławka była dla nas wszystkich dużym ciosem. Często spotykaliśmy się podczas różnych imprez, a ja od lat pomagałem mu też podczas turnieju. Byliśmy ze sobą blisko, więc jego śmierć po prostu musiała zaboleć.

Przed Pekao Szczecin Open 2012 organizatorzy turnieju stanęli przed zadaniem znalezienia odpowiedniego zastępcy na stanowisku oficjalnego fotografa. Wybór padł właśnie na Andrzeja Szkockiego. – Miałem świadomość, że mogę otrzymać taką propozycję, ponieważ wśród polskich fotoreporterów to właśnie ja zaliczyłem największą liczbę turniejów tenisowych. Ucieszyłem się, że Krzysztof Bobala zaproponował mi tę pracę, choć wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że nie byłem wówczas jedynym kandydatem do objęcia tego stanowiska. Propozycję przyjąłem, ponieważ uwielbiam fotografować sport, a w szczególności właśnie tenis.

Choć oficjalnie Andrzej Szkocki współpracuje z Pekao Szczecin Open od roku 2012, to jego przygoda z naszym turniejem trwa zdecydowanie dłużej. – Można powiedzieć, że zacząłem chodzić jeszcze w ubiegłym tysiącleciu. Nie na wszystkie mecze, nie na cały dzień, ale pojawiałem się na kortach i obserwowałem zmagania zawodników, wtedy jeszcze jako widz. Od dziecka lubiłem sport, mój brat Piotr zawsze przynosił do domu bilety, więc szkoda było nie korzystać. Pamiętam, że któregoś razu oglądałem jeden z meczów, pokazałem siedzącej obok mnie koleżance grupę fotoreporterów i powiedziałem jej, że za rok będę tam razem z nimi. I tak też się stało, a ja od 1999 r. przychodzę na turniej z aparatem i robię zdjęcia.

Człowiek, który rokrocznie towarzyszy nam w zasadzie od początku istnienia musi mieć w pamięci zarówno ciekawe anegdoty, jak i przekrojowe spojrzenie, pozwalające na przyjrzenie się drodze, jaką przez minione ćwierć wieku przeszedł turniej. – Pamiętam, jak któregoś roku koledzy Włodek z „Gazety Wyborczej” i Marek z „Przeglądu Sportowego” robili we dwóch zdjęcia jednym aparatem kompaktowym. Redakcja myślała, że kupując taki sprzęt zaoszczędzi, ale ten kompletnie nie nadawał się do robienia zdjęć sportowych. W związku z tym Marek obserwował zawodnika serwującego, a w tym samym czasie Włodek celował w tego, który odbierał i czekał na hasło, kiedy ma nacisnąć spust migawki. Wszyscy pozostali fotoreporterzy oraz część publiczności patrzyli na tę sytuację i mieli niezły ubaw. Markowi i Włodkowi trzeba jednak oddać należną sprawiedliwość, bo zdjęcia się udały. Z tym drugim wiąże się też inna zabawna historia. Ten sam reporter, a warto dodać, że jest to nestor szczecińskiej fotografii, chodził pewnego razu między krzesełkami i pytał się wszystkich, dlaczego zawodnicy nie grają? A tymczasem ci czekali aż Włodek usiądzie i przestanie się kręcić po trybunach. Jeśli zaś chodzi o to, jak przez ostatnich 25 lat zmienił się turniej, to trzeba przyznać, że wyrobił on sobie niesamowitą markę i światowym gigantom ustępuje jedynie pod względem puli nagród. Organizacyjnie, a wiem to, ponieważ bywałem na największych światowych turniejach, naprawdę jesteśmy na szczycie. Przez ćwierć wieku zmieniły się oczywiście trybuny, oświetlenie i nawierzchnia, ale też publiczność, z której większość to teraz wytrawni kibice tenisa. I choć wiem, że czeka mnie dużo ciężkiej pracy, to co roku z niecierpliwością czekam na rozpoczęcie tego niepowtarzalnego turnieju.

Wydawać by się mogło, że praca oficjalnego fotografa nie powinna się zbytnio różnić od pracy „zwyczajnego” fotoreportera. Jak się okazuje, nic bardziej mylnego. – Różnic technicznych jest sporo, a wiążę się to przede wszystkim z tym, że na nowym stanowisku mam znacznie więcej roboty. Do moich obowiązków należy fotografowanie nie tylko zawodników, ale też wszystkiego, co się dzieje na kortach. Turnieje dzieci, VIP-ów i artystów oraz oczywiście wszystkie imprezy towarzyszące. Muszę obfotografować cały obiekt, banery i sporządzić z tego swego rodzaju dokumentację techniczną. Wieczorami dochodzą do tego także koncerty muzycznego festiwalu czy piątkowy bankiet. Jeśli miałbym wybrać najtrudniejszy moment podczas turnieju, to powiedziałbym, że przypada on zazwyczaj we wtorek. To dzień, w którym odbywa się najwięcej meczów i tej pracy jest bardzo dużo. Pamiętajmy też, że samo zrobienie zdjęć, to dopiero połowa roboty. Później trzeba je wszystkie odpowiednio opisać i pokatalogować, aby organizatorzy nie mieli problemów ze znalezieniem któregokolwiek z nich.  W przypadku takiego natłoku tematów najważniejsza jest odpowiednia organizacja pracy. Niektóre rzeczy czasami się na siebie nakładają i wtedy trzeba tak zarządzać czasem, aby poświęcić jego minimalną ilość do uzyskania maksymalnego efektu. Jeśli natomiast wykonanie zdjęć z dwóch różnych miejsc przekracza fizycznie moje możliwości, to wtedy proszę o pomoc któregoś z kolegów.

Miłość do tenisa z jednej strony musi pomagać i czynić pracę naszego fotoreportera ciekawszą, z drugiej przynosi jednak pewien mały problem. – Uczciwie przyznam, że raz na czas zdarza mi się zagapić na jakąś spektakularną wymianę i wtedy nici ze zdjęcia. Przy fotografowaniu zawodników najtrudniejsze jest ich dynamiczne poruszanie się oraz to, że nigdy nie wiadomo, kiedy któryś z nich odpadnie i pożegna się z turniejem. Jeśli taka sytuacja będzie miała miejsce, a ja nie zdążę wykonać zdjęć, to drugiej szansy po prostu nie będzie. Nie bez znaczenia w tym przypadku jest doświadczenie, które udało mi się zdobyć podczas pracy przy największych turniejach na świecie. Ono nie tylko mi pomaga i inspiruje, ale dzięki niemu łatwiej radzę sobie też z trudniejszymi sytuacjami, które zawsze mogą niespodziewanie nastąpić – podsumowuje Szkocki.

A my, ciesząc się z obecności tak świetnego fachowca na naszym pokładzie, już nie możemy doczekać się rozpoczęcia 26. edycji Pekao Szczecin Open. Do zobaczenia już niebawem na kortach!

2018-08-19T22:48:09+00:00